Przyznaję się, że od pewnego czasu żyję od weekendu do weekendu. Już poniedziałek, albo i niedzielę wieczorem planuję co będzie się działo w nadchodzący weekend. Patrząc wstecz, to bardzo fajne. Każdy weekend wypełniony po brzegi. Patrząc na ilość snu i pogłebiające się zmarszczki - już nie tak fajnie. Ale jak to kiedyś ktoś powiedział raz się żyje! (podobno też raz się tyje...)
Ostatni weekend miał należeć do tych spokojniejszych. Nie udało się... ;)
W sobotę rano spacer na rynek, bo jak tutaj jechać autobusem, gdy pogoda iście letnia... Szybkie zakupy i spacerem do domu.
Późnym popołudniem wyruszyliśmy na szwedzko-amerykańską kolację. Daniem głównym były raki! Pierwszy raz próbowałam raków. Mam nadzieję, że w przyszłym roku uda mi się pojechać na raki do Szwecji... Wieczór skończył sie później niż było w planach...
...dlatego trudno było wstać na poranną wspinaczkę, ale się udało! I było warto... Po kilku godzinach mieliśmy przed sobą takie widoki.
Uwielbiam taką jesień! I dla takich właśnie weekendów bardzo doceniam to gdzie jestem i jakich wspaniałych ludzi tutaj poznałam. Więcej takich dni proszę!
Wracam do planowania następnych weekendów....