28.10.2015

Rzeczy do których nie mogę się przyzwyczaić w USA

W jesiennym projekcie Klubu Polki na Obczyźnie dostałyśmy przyzwolenie na narzekanie. Chętnie sobie pozrzędzę na to co mi nie pasuje to tej stronie Oceanu Atlantyckiego...

W Stanach mieszkam dopiero kilka miesięcy, więc pewnie do niektórych niedogodności, które wymieniam, z czasem się przyzwyczaję, ale kilka z nich zostanie ze mną na dłużej. Zanim zacznę narzekać to chcę dodać, że wiele razy już słyszałam, że południowa Floryda różni się od reszty Stanów. Dlatego pamiętajcie część narzekań dotyczy Miami i okolic, a nie całych Stanów.

Zaczyna się od wizyty w sklepie, bo czy funt jabłek to kilo czy mniej? A jard to ile? Niestety Stany Zjednoczone używają wciąż jednostek imperialnych. Tutaj są funty, uncje, kamienie... Czasem w sklepie kupujemy "kawałek" łososia, albo "4 plasterki" szynki, albo "tego kurczaka dla dwóch osób". Z milami jakoś mi się udało przestawić, to pewnie przez bieganie, bo bieżni nie mogę przestawić na kilometry.
Zaraz po tym jest pogoda, bo patrząc na mapę pogody to 82 stopnie Farenheita to dużo? Już więcej niż 30 czy jeszcze nie? Łatwo przeliczyć ;)
1 F = 1,8*(C+40) - 40
Pewnie za jakiś czas przyzwyczaję się do tych jednostek, ale jak narazie gdy w rozmowie pada informacja o 100 stopach kwadratowych lub 40 jardach, tylko kwiam głową, bo nie mam zielonego pojęcia czemu to odpowiada.
W Stanach co prawda istnieje Amerykańskie Stowarzyszenie Metryczne, które od 1916 roku próbuje przekonać Amerykanów do przejścia na system metryczny, ale bez większego skutku.


Temperatura w lodówce w stopniach Farenheita

Podajesz swój adres do korespondencji przy rejestracji do karty człokowskiej na przykład w muzeum? Twoje dane najpewniej zostaną przekazane (czy sprzedane to nie wiem) innym instytucjom o podobnym profilu (inne muzea, teatry, kina). Kupujesz meble i podajesz swój adres - Twoja skrzynka będzie pełna katalogów firm meblowych adresowanych do ciebie.
W USA nie istnieje takie coś ochrona danych osobowych - co prawda wszystkie firmy zawsze zaznaczają, że bezpieczeństwo danych jest dla nich bardzo ważne, ale nie wydaje mi się że stoi za tym jakieś konkretne prawo. W USA na swoje dane personalne trzeba bardzo uważać, ponieważ bardzo powszechne są tutaj kradzieże tożsamości (ktoś inny używa twoich danych adresowych do załatwiania nie zawsze legalnych biznesów).

W ramach Międzynarodowych Targów Książki w Miami odbędzie się spotkanie o chronie przed kradzieżą tożsamości
Dla osób bez prawa jazdy (patrz ja!) życie w Stanach to utrapienie. Nawet jeśli chciałabym zrobić tutaj prawo jazdy, nie wiem czy miałabym odwagę wyjechać tutaj na drogę samochodem - egzamin praktyczny zdaje się na pustym parkingu! Częsty widok w Miami i okolicach - prowadzenie samochodu i sprawdzanie telefonu (wysyłanie sms, czytanie maili), raz mi się zdarzyło widzieć kierowcę czytającego ksiązkę w czasie prowadzenia samochodu! Ale najgorsze dla mnie jest społeczne przyzwolenie na picie i prowadzenie samochodu. Myślę, że Ameryka może uczyć się od Europy jak organizować transport publiczny i jak wzmocnić przekaz "piję - nie jadę".
Dla osób szukających alternatywy dla samochodu są: szczątkowa komunikacja publiczna (tej używam dość często, gdyż jest częściowo darmowa), Uber (mój numer jeden w dojazdach w miejsca gdzie komunikacja miejska nie funkcjonuje), taxi (unikam jak ognia, drogo i mało przyjemnie), rower. Albo spacery. Ja mam szczęście, mieszkamy prawie w samym centrum Miami, więc wiele sklepów znajduje się wciąż w rozsądnej odległości. Miamskie ulice są zapchane samochodami, korki na autostradzie są na porządku dziennym, a do sklepu oddalonego o dwie przecznice jedzie się tutaj samochodem.

Typowy widok na autostradę w Miami (jeszcze nie w godzinach szczytu)

Idziesz do restauracji - napiwek, jedziesz taksówką - napiwek, dostarczają pizzę - napiwek, zmawiasz piwo przy barze, barman podaje ci szklankę - napiwek. Ameryka to kraj napiwków, za wszystko, wszędzie. Idąc do restauracji musisz zawsze doliczyć minimum 15% napiwku do ceny posiłku (wysokość sugerowanego napiwku zależy od klasy restauracji).  Kolejna rzecz do której nie mogę się przyzwyczaić to ceny bez podatku - i w restauracjach i w wielu sklepach. Podatek doliczany jest dopiero na końcu rachunku. Warto pamiętać o tym dając napiwek w restauracji, aby naliczyć go od wartości bez podatku! W Miami podatek wynosi 7%, wiem że różni się on od stanu do stanu.

Rachunki ze sklepów podatkiem doliczonym na końcu rachunku

W Miami w sklepach zakupy pakuje za ciebie pracownik, do czego wciąż nie mogę się przyzwyczaić. Wciąż nie rozumiem dlaczego klienci nie mogą pakować tego co kupili (w niektórych sklepach pracownik nie pozwala nawet sobie pomóc w pakowaniu!). Kiedy w Miami otwierano sklep Aldi, wśród informacji prasowych podano, że w tym sklepie zakupy trzeba będzie pakować samemu. Inna rzecz podczas zakupów, która mnie denerwuje to to, że wiele osób po skończonych zakupach nie ostawia wózka zakupowego do sklepu/na stojak, ale zostawia na miejscu parkingowym. Pracownicy marketu chodzą po parkingu i zbierają wózki, aby odstawić je w odpowiednie miejsce. Ale zanim to zrobią, można sobie łatwo porysować samochód.

Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do amerykańskiej telewizji. Reklamy są co kilka minut, nie wiem czy jest jakiś wzór według którego one się pojawiają, ale czasem są to 3 minuty odstępu czasem 10, a bloki reklamowe potrafią trwać nawet 10 minut. Wiele z nich nie jest najwyższych lotów. W Polsce reklamy traktowałam jako moment na toaletę albo przygotowanie czegoś do picia. Ile razy w ciągu godziny można wypić herbat? Przestałam oglądać tutaj telewizję, Netflix mi wystarcza i nie ma reklam!
Poniżej kompilacja złych amerykańskich reklam...



Język hiszpański - rozumiem, że większa część populacji Miami i okolic pochodzi z krajów hiszpańskojęzycznych (Meksyk, Kuba, Nikaragua, Kolumbia), wiem też, że kulturowo te nacje mają bardzo duży wpływ na rozwój południowej Florydy, ale wciąż nie mogę się przyzwyczaić, że w wielu miejscach nie da się porozmawiać po angielsku. Jest tak w sklepach, restauracjach, a nawet w instytucjach publiczych np. Social Security Administration, gdzie miałam przyjemność być niedawno. Wszystkie instrukcje zostały przekazane po hiszpańsku, ale widocznie pracownik zobaczył kilka par zdziwionych oczu i zapytał czy jest ktoś kto nie rozumie hiszpańskiego. Na jakieś 60 osób cztery osoby podniosły ręce. 

Dla mnie początkiem wielu z specyficznych zachowań Amerykanów jest egoizm. Może dlatego Amerykanie odnoszą sukcesy w wielu dziedzinach, bo sie nie zastanawiają nad innymi i może zamiast rozmyślać nad tym co inni pomyślą po prostu robią? Tutaj inaczej chyba nie można, bo żeby przetrwać w tej dżungli chyba trzeba być wilkiem. 

Zapraszam jutro na biadolenia Karoliny ze Szwecji. A więcej narzekań płynących z całego świata możecie przeczytać na stronie Klubu Polki na Obczyźnie, bo przecież wszędzie dobrze gdzie nas nie ma :)


Jesienny projekt dedykujemy akcji "AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM" - Przemek Skokowski wyruszył autostopem z Gdańska na Antarktydę, by zebrać 100 tys. zł. na Fundusz Dzieci Osieroconych oraz na rzecz dzieci z Domowego Hospicjum dla dzieci im. ks. E. Dutkiewicza SAC w Gdańsku. Na chwilę obecną brakuje 32 tys. Jeśli podoba Ci się nasz projekt, bardzo prosimy o wsparcie akcji dowolną kwotą.
Więcej info: https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

22.10.2015

I jak Inaczej

Długa przerwa nastała w alfabecie emigracyjnym, powodów jest kilka: brak weny, trochę też brak czasu, z czego się cieszę, bo dla mnie to oznacza, że zaczynam osiadać w tym mieście. Mam już swoje ścieżki, miejsca, i powoli, powoli się tutaj odnajduję.

I jak Inaczej

Mam też niestety tendencję do porównań, więc jak byłam w Szwajcarii to porównywałam ją do Polski, teraz porównuję Stany do Szwajcarii. Trochę tak jakbym broniła się przed zmianą, która i tak już się dokonała, tylko ja jakoś nie mogę tego przyjąć do wiadomości.

Ostatnio, przeczytałam takie zdanie: Change is hard because people overestimate the value of what they have and underestimate the value of what they may gain by giving that up (Zmiana jest trudna, ponieważ ludzie przeceniają wartość tego co mają, a nie doceniają wartości tego co mogą zyskać rezygnując z tego co mają). I to właśnie to zdanie zainspirowało mnie do tego wpisu, chcę aby zmiana w moim słowniku nie była już związana z ciągłym porównywaniem tego co było z tym co jest i ciągłym oglądaniem się w przeszłość. Chcę, aby zmiana była zawsze połączona ze słowem "inaczej", nie lepiej, nie gorzej, ale inaczej.
 Ameryka daje mi lekcję życia, którą pewnie na długo zapamiętam. Nie wiem gdzie będę za rok, dwa czy dziesięć, ale wiem że emigracja na pewno odcisnęła piętno na moim życiu i jeśli wrócę do Polski, to jako obywatelka świata, i też pewnie będę porównywała Polskę do krajów w których mieszkałam. Chciałabym się jednak nauczyć, że zmiana daje mi bardzo dużo - nowe doświadczenia i umiejętności, przyjaźnie z ludźmi z całego świata. Chcę nauczyć się mówić "jest inaczej i to mi się podoba".

źródło: http://icanread.tumblr.com/
 I u innych uczestników alfabetu emigracji:
Gone to Texas - I for ice cream
Direction Sweden - I jak Internet
Nie zawsze poprawne zapiski Dee - I jak I....
Włochy by Obserwatore - I jak Inspiracje językowe


12.10.2015

H jak Huragan

Po krótkiej przerwie wymuszonej przez chorobę oraz aktywności związane z podjętym wolontariatem, jestem trochę spóźniona z literą H.

H jak Huragan

Pogoda na emigracji może mieć wielki wpływ na zmianę naszego życia, to co kiedyś nam się wydawało w pogodzie czymś cudownym, na dłuższą metę może być koszmarem.

Szwajcaria nie odbiegała za bardzo pogodowo od Polski. Nie lubię specjalnie zimy, ale tam była całkiem znośna, szczególnie kiedy można było pojechać w góry i podziwiać ośnieżone szczyty Alp.
W Miami sprawa wygląda inaczej. Zanim się przeprowadziliśmy tutaj wiedzieliśmy, że nie będzie tutaj klasycznych pór roku, że temperatura praktycznie przez cały rok wynosi powyżej 25 stopni oraz że od czerwca do grudnia jesteśmy na szlaku huraganów.

Kiedy wprowadzaliśmy się do naszego budynku mieliśmy obowiązek przejścia szkolenia, ja wyobrażałam sobie, że zostaniemy poinstruowani co należy zrobić kiedy ogłoszony jest alarm pożarowy, huraganowy czy powodziowy. Pani tych tematów nawet nie poruszyła, ważniejsza była informacja o paczkach i posiadaniu zwierząt w budynku. Ale nie o tym miałam pisać.
Jedne z najsilniejszych hurganów, które przeszły nad południową Florydą to Labor Day (1935 rok), Donna (1960), Andrew (1992), Katrina (2005). W tym roku dostaliśmy ostrzeżenie o Erice, która całe szczęście zamieniła się w burzę tropikalną i przyszła do nas w ostatnią niedzielę sierpnia i przyniosła wiatr, deszcz i szare niebo. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z huraganem, więc starałam się czytać jak najwięcej o tym jak się przygotować, co przygotować i gdzie uciekać gdyby huragan do nas dotarł. Jedna z gazet napisała, że są trzy rodzaje osób mieszkających na południu Florydy - ci, który przeżyli Katrinę i Andrew i tęsknią za hurganem, druga grupa to ci którzy i tak wiedzą, że huraganu nie będzie i trzecia grupa - "nowi w Miami", którzy chcą aby coś ekscytującego wydarzyło się w pogodzie. Być może i należeliśmy do tej trzeciej grupy, ale na pewno nie chciałam, aby skończyło się to zrównaniem miasta z ziemią jak po huraganie Andrew. Natomiast, nasi sąsiedzi powiedzieli nam, że w czasie Katriny urządzili w domu tzw. "huganowe przyjęcie", rodzina i przyjaciele w jednym domu, dużo świeczek, alkoholu i jedzenia, i tak przetrwali dwa lub trzy dni.
Na szczęście sezon huraganowy ma się ku końcowi, od 10 lat Florydę nie nawiedził żaden huragan. Niestety huragan Joaquin, który przeszedł przez Bahamy kilka dni temu, zabrał życie ponad 30 osób znajdujących się na statku El Faro płynącym pod banderą amerykańską do Puerto Rico, na pokładzie było pięć osób narodowości polskiej.

Inną niedogodnością pogody są ciągłe upały połączone w lecie z bardzo wysoką wilgotnością. Ci, który obudzili się dzisiaj w zimowej aurze w Polsce mogą pukać się w głowę - jak upał może przeszkadzać. Na dłuższą metę może. Zacznę od bardzo przyziemnej rzeczy - makijaż. Przestałam się tutaj malować, bo po 5 minutach na zewnątrz i tak się świecę, a podkład spływa mi z twarzy. Maluję się tylko wtedy kiedy jedziemy samochodem i miejsce docelowe ma klimatyzację.
Wyjście do parku - po kilku minutach pot spływa po skroniach. Czasem chodzę poczytać w parku, ale nawet siedzenie w cieniu nie pomaga. I ciągle trzeba pamiętać, żeby nakładać krem z filtrem (dla mnie minimum 30).
W wyższych szerokościach geograficznych zaczęła się jesień, teoretycznie tutaj też - temperatura w dzień spadła z 35 do 30 stopni. Brakuje mi kolorowych liści na drzewach i chłodnego wiatru. Dnia ubywa, słońce zachodzi koło 19, ciało myśli, że można już produkować zimową "oponkę", ale coś jest nie tak, bo na zewnątrz ciągle upał. Mój mózg się jeszcze nie przestawił na florydzkie pory roku.

Czy H u innych Polek jest hihi czy och?

Włochy by Obserwatore - Włoski humor i energia
Gone to Texas - H for Heat
Direction Sweden - H jak Hamlet




05.10.2015

G jak Góry

Chodzenie po górach zawsze wydawało mi się nudne. Wdrapać się na szczyt totalnie zasapaną, rozejrzeć się wokół i zejść tą samą drogą. Po co to komu? Ale wydaje mi się, że moja wyobraźnia nie była zbyt bogata w krajobrazy, bo kiedy pierwszy raz zobaczyłam Alpy z samolotu w 2010 roku, wiedziałam, że wpadłam po uszy.

G jak Góry 

Nie zapomnę tego zachwytu, kiedy pierwszy raz weszłam na Rochers de Naye - szczyt znajdujący się we francuskojęzycznej części Szwajcarii, świat wygląda wspaniale z ponad 2000 metrów. Ten wspaniały moment, kiedy patrzy się na mapę widocznych szczytów i gdzieś tam bieli się Mount Blanc. To pragnienie, aby zatrzymać chwilę, żeby świat się przestał kręcić, a ja żebym mogła podziwiać piękno przyrody, która mnie otacza. Serce wtedy bije mocniej, a w oczach pojawiają się łzy zachwytu.
Nie przypomniam sobie, czy jest jeszcze coś takiego co zrobiło na mnie takie wrażenie jak jedna z moich pierwszych górskich wypraw. Oczywiście, wiele razy potem wchodziliśmy na różne szczyty, ale chyba ten pierwszy najbardziej został mi w pamięci.

Jest jeszcze jedna taka wyprawa górska, którą świetnie pamiętam, zaczęliśmy w Solalex, przeszliśmy przez przełęcz Pas de Cheville i doszliśmy do jeziora Derborence, po drodze kupując świeży ser prosto od producenta. Kiedy rozłożyliśmy nasz piknik tuż przy jeziorze, zostaliśmy otoczeni przez krowy. Nie jest przyjemne, kiedy chcesz zjeść kanapkę nagle słyszysz oddech krowy tuż nad uchem. Kiedy przenieśliśmy się w inne miejsce, krowy podążyły za nami. Jakie szczęście, że niedługo potem pojawili się krowi właściciele i udało im się zapanować nad wałęsającymi się zwierzętami.
Co było cudowne nad jeziorem to niezliczone ilości motyli, które obsiadały wszystkich i wszystko dookoła. Po pikniku czekała nas droga powrotna - w całości wycieczka miała jakieś 15 do 17 km. Nic dziwnego, że niektórzy zasnęli nad talerzami z kolacją.

Góry pozwoliły mi pozbyć się stresu, który się we mnie gromadził w trudnych czasach w Szwajcarii. Góry dały mi oddech i spokój. Trudno tutaj w Miami o widoki, które zapierają dech w piersiach.
Dlatego nie mogę doczekać się końca listopada, w planach mamy wizytę w amerykańskich górach - Great Smoky Mountains National Park.


Caux (kanton Vaud), wycieczka zimowa

Pas de Cheville (kanton Vaud)

Gornergrat, w tle najwyższy szczyt Alp szwajcarskich - Dufourspitze (4,634 m npm) 

W czasie wyprawy do jeziora Derborence (gdzieś na pograniczu kantonu Vaud and Valais)

Motyle nad jeziorem Derborence

Les Pleiades, w tle Rochers de Naye
Okolice Verbier, z głową ponad chmurami
Rochers de Naye, widok na Jung Frau (kanton Bern)

Wschód słońca na Rochers de Naye

Zachód słońca na Rochers de Naye, z widokiem na jezioro Genewskie/Lemańskie

Dents du Midi, kanton Valais


Inne G:
Gone to Texas - G for Guacamole

02.10.2015

F jak Frank

F jak Frank, czyli rzecz o pieniądzach

Generalnie o pieniądzach się nie mówi i nie pisze. Temat tabu, ale kiedy ich brakuje o niczym więcej się nie myśli i zastanawia jak je zdobyć.
Kiedy wyjeżdżałam do Szwajcarii wypłaciłam z konta wszystkie moje oszczędności, w przeliczeniu miałam ze sobą jakieś 1500 franków (to był rok 2011, frank kosztował jakieś 3,20 zł). Wynajem naszego mieszkania to 1200 franków. Z moimi oszczędnościami nie mogłam zawojować Szwajcarii. Zarobki mojego męża nie były najwyższe.
Ja na początku wciąż wierzyłam, że uda mi się dostać pracę. Kiedy przyjechałam do Szwajcarii rynek pracy dla Polaków był wciąż otwarty (otwarto go w maju 2011 roku). Przed 2011 Szwajcaria zgodnie z dwustronną umową z Unią Europejską mogła regulować napływ emigrantów z "nowej Unii" (kraje przyjęte w 2004 roku). W takiej sytuacji mogłam pozostawać w Szwajcarii legalnie przez trzy miesiące w poszukiwaniu pracy, a mój potencjalny pracodawca nie musiałby wcale udowadniać, że na moje miejsce nie może znaleźć osoby, która miała już pozwolenie o pracę. Niestety sytuacja zmieniła się w kwietniu 2012 roku, kiedy rząd szwajcarski zdecydował, że rynek pracy dla "nowych krajów UE" należy regulować, i wprowadzono limity na pozwolenia na pracę m.in. dla Polaków. I tak w maju 2012 roku - byłam bez pieniędzy (moje oszczędności dawno się rozeszły), nielegalnie (moje trzy miesiące już dawno minęły) i bez perspektyw na pracę. Ja się wciąż łudziłam, że pracę dostanę, ale zimny prysznic przyszedł w grudniu 2012, w czasie rozmowy z jedną z konsultantek w agencji pracy. Pani powiedziała coś, co gdzieś wewnątrz wiedziałam, ale chyba nie mogłam głośno się do tego przyznać: Twoje CV jest ciekawe, ale nie na tyle, aby jakiś pracodawca walczył o Twoje pozwolenie o pracę.
Moje ego ucierpiało, ale jasno wiedziałam na czym stoję.
A wracając do tematu pieniędzy - zdarzało nam się brać z bankomatu pieniądze z karty kredytowej, często odwiedzaliśmy mamę mojego M, aby zjeść u niej obiad, zakupy robiliśmy z kalkulatorem w ręku. Ale myślę, że byliśmy też bardziej kreatywni w kuchni - trzeba było coś z niczego ugotować, a także w wyborze naszych wycieczek po okolicy - jak najniższym kosztem zobaczyć jak najwięcej. To była dobra lekcja.

U innych Polek F jest takie:
Włochy by Obserwatore - Funkcje społeczne w szanującym się włoskim domu
Direction Sweden - F jak Formalności
Gone to Texas - F for Family



28.09.2015

Ę jak w zdjĘciach

Dzisiaj w Alfabecie Emigracji niełatwa litera Ę. Dlatego nie ma tekstu, jest kilka zdjęć z ostatnich czterech lat.

Ę jak w zdjĘciach


Dzień, dwa przed przeprowadzką do Szwajcarii, 2011 rok
Pierwsze święta w Szwajcarii, 2011

Pierwsza długa górska wycieczka, 2012

"Adoptowana" kotka, 2012

Pierwszy wyjazd w góry z przyjaciółmi, 2012

Nasz ślub, 2013

Święto narodowe Szwajcarii wśród przyjaciół, w górach, 2014

Nasza impreza pożegnalna, 2014

Pierwszy wschód słońca w Miami, 2015
Pierwsza wycieczka, Nowy Jork, 2015






24.09.2015

E jak Ebook


Alfabet Emigracji się rozpędza, jesteśmy już na literze E.
Dla przypomnienia, uczestniczę w projekcie, który zainicjowała Dee z bloga Nie zawsze poprawne zapiski Dee.

E jak Ebook

Zawsze dużo czytałam, na początku mojej kariery zawodowej zdarzało się, że część pensji szła na książki. Przekrój książek ogromny, od opowieści dla dzieci Henninga Mankella (np. Pies, który biegł ku gwieździe), poprzez słowniki (szczególnie szwedzkiego, potem hiszpańskiego i francuskiego), kończąc na reportażach wydawnictwa Czarne.
Kiedy wyprowadzałam się do Szwajcarii mogłam zabrać ze sobą dwie walizki do 40 kg każda (jechałam autobusem), więc było pewne, że nie uda mi się spakować mojej biblioteczki. Wybrałam te kilka książek, które miały dla mnie największe znaczenie (jedną z nich był dwutomowy słownik języka szwedzkiego). Szybko te książki przeczytałam i zaczęłam bazować na tym, co było dostępne online za darmo np. z Open Culture, czasem Publio udostępniało darmowe ebooki, czy ebooks43. Różne różności można tam było znaleźć.
W kwietniu 2014 roku pojechaliśmy pierwszy raz do Polski samochodem - to był dla mnie raj. Samochód po brzegi był wyładowany moimi szpargałami, które w końcu mogłam zabrać z domu rodziców. Oczywiście połowa to były książki, plus jeszcze książki które zdążyłam kupić w czasie naszego pobytu.
Po tym jak dostałam pracę dwa lub trzy razy zamówiłam książki z dostawą do Szwajcarii, niestety raz zostało mi naliczone cło (zupełnie niesprawiedliwie), i musiałam walczyć z pocztą szwajcarską na zwrot moich 60 franków (wartość książek nie przekroczyła nawet tej wartości). Długa to była walka i udało się odzyskać część tej kwoty tylko, ponieważ potrącono sobie "koszt administracyjne". Poddałam się wtedy.
Wracając do tematu książek, kiedy byłam w Polsce w styczniu, przed przeprowadzką do Stanów, też nakupiłam książek (o ile się nie mylę jakieś 15). Część przesłałam sobie pocztą, część poszła do bagażu. Do Stanów i tak płynął kontener z naszymi rzeczami, więc 10 książek więcej nie robiło różnicy.
Kiedy w czerwcu byłam w Polsce, też nakupiłam książek, kilka także dostałam. Skończyło się to nadbagażem - 3 kilo. Dziękuję bardzo przemiłej pani z LOTu na lotnisku, że przyknęła na to oko, kiedy powiedziałam jej, że mieszkam w Stanach i wiozę książki...
Teraz będąc w Stanach pozostają mi ebooki. być może jestem starmodna, może sentymentalna, ale dla mnie czytanie na tablecie nie jest przyjemne. Gdzie zapach farby drukarskiej? Gdzie szelest kartek? Muszę o tym zapomnieć narazie, przynajmniej przy czytaniu po polsku, bo przesyłka jednej (!) książki o wartości 50 zł kosztuje około 130 zł. Dziękuję, kupię jako ebook...
Zbyt często zaglądam na Publio i mój tablet ma coraz mniej wolnej pamięci. Za często Publio ma promocje.
Natomiast za dwa miesiące w Miami będzie miał miejsce Miami Book Fair International, w czasie którego oprócz spotkań z autorami, będzie także targ uliczny. Będzie napływ nowych, szczeleszczących książek.

Bookcrossing w Miami (niestety nie było w środku żadnej książki, ani ja nic nie miałam, żeby zostawić). W sobotę 26 września Bookleggers Miami będzie obchodziło trzecią rocznicę istnienia, zaplanowana jest huczna impreza łącznie z rozdawaniem książek gościom

Mała część mojej biblioteczki

To o mnie, tylko u mnie pamięć w tablecie się kończy....

To też ja :)
Eeeeee jak....:
Direction Sweden! - E jak Egoizm
Włochy by Obserwatore - E jak Etapy Życia na Emigracji
Nie zawsze poprawne zapiski Dee - E jak Elegia (Żałobna)


23.09.2015

Chicago, Chicago

Myślałam, że kiedy będziemy w Stanach pierwsza trójka do zwiedzenia to będzie Nowy Jork, San Francisco, Las Vegas. Nowy Jork się zgadza, ale na kolejną dłuższą wycieczkę wybraliśmy Chicago. Muszę przyznać, że to miasto totalnie skradło moje serce, i chyba jeśli mam wybierać Nowy Jork czy Chicago, to wybiorę to drugie.

Mieliśmy trzy dni aby nacieszyć się tym miejscem. Początek naszej wycieczki nie był najszczęśliwszy - kiedy samolot ruszył z miejsca parkingowego na lotnisku w Miami, pilot ogłosił, że nie możemy wystartować, ponieważ grupa techniczna znalazła jakąś obluzowaną uszczelkę w skrzydle i muszą ją sprawdzić i wymienić, a wymiana może potrwać więcej niż godzinę. Trochę byliśmy zniecierpliwieni, bo mieliśmy rezerwację w restauracji, a że wszystko było dokładnie zaplanowane, nie dalibyśmy rady tam wrócić innego dnia. A jako że jesteśmy smakoszami byłoby nam strasznie źle ominąć restaurację poleconą przez naszego sąsiada, prawdziewgo Chigowianina ;) 
Po mniej więcej półtorej godzinie czekania wystartowaliśmy! Niestety po wylądowaniu w Chicago okazało się, że nasze miejsce parkingowe nie jest gotowe... I pilot musiał krążyć kolejne 20 minut po płycie lotniska. Kiedy już wszyscy wypakowali się z samolotu pobiegliśmy na postój taksówek, ponieważ nie dalibyśmy rady dojechać pociągiem do centrum miasta, ale zdecydowanie polecam ten środek transportu, żeby nie utknąć w korku, no i jest o wiele tańszy...
Na szczęście mieliśmy hotel w centrum, bardzo blisko parku Millenium, restauracja też była w pobliżu. I całe szczęście, że nam się udało tam dotrzeć, bo restauracja Bavette's serwuje przepyszne steki. 

Piątek był dniem najaktywniejszym - zwiedzenie Art Institute Chicago (polecam kupić bilety wcześniej przez internet, za nasze zapłaciliśmy 41$/os). Rano szybkim krokiem przeszliśmy przez park Millenium, obowiązkowe selfie pod cloud gate, rzeźba zwaną także giant bean lub Chicago bean. 
Art Institute Chicago ma w swoich zbiorach niezwykłą kolekcję dzieł francuskich impresjonistów (Monet, Manet, Degas, Renoir), a także Salvadora Dali, Picasso, Van Gogha. Polecam wspaniałą wystawę dotyczącą Indian, szczególnie że nie jest to coś co często można oglądać. W muzeum spędziliśmy koło 4 godziny, ale to dlatego, że koncówkę muzeum obejrzeliśmy "biegiem", mój mąż nie jest wielkim fanem malarstwa renesansowego i barokowego, więc widząc jego zmarnowaną minę, przeszliśmy szybciej niektóre sale. 

Bilety do Art Institute Chicago kupiliśmy razem ze wstępem do Willis Tower na Skydeck Chicago, gdzie stojąc na szklanym tarasie można spojrzeć co znajduje się 103 piętra w dół. Dla osób z lękiem wysokości to nie lada wyzwanie. Wrażenia gwarantowane. Po wizycie w Willis Tower spontanicznie udaliśmy się na drugą stronę centrum do Hancock Tower, gdzie mogliśmy podziwiać brzeg jeziora Michigan oraz zachód słońca - są dwa sposoby wejścia do Hancock Tower, albo kupując bilet na tzw. 360 Chicago  lub wjechanie do baru The Signature Room na 95 piętrze. W barze można kupić sobie kieliszek wina i podziwiać piękne Chicago. Wybraliśmy tą drugą opcję. My "stety/niestety" zostaliśmy posadzeni w barze z widokiem na jezioro oraz północną część miasta. Drugi bar ma widok na bardziej spektakularne centrum Chicago, ale ze względu na ilość osób przychodzących do baru niektóre grupy kierowane są na stronę północną. Jeśli jesteś kobietą jest wyjście - idź do toalety, której rozciąga się piękny widok na Chicago. Mężczyźni nie mają widoków w swojej niestety. Piątek postanowiliśmy zakończyć tradycyjną pizzą z Chicago tzw. deep dish pizza. I być może trafiliśmy w złe miejsce, a może deep dish pizza nie jest czymś wyjątkowym, bo wcale nam nie smakowała. Jest to po prostu pizza z wyższymi brzegami, trochę jak tarta i na nieco grubszym cieście. Pizzę próbowaliśmy w Pizzano's

Sobota przywitała nas ulewą, byliśmy rano uziemieni w pokoju niestety. Koło południa chmury się rozwiały i tym razem poszliśmy na spacer tzw. Magnificent Mile, czyli North Michigan Avenue, czyli aleją zakupów. Przy ulicy tej znajduje się mnóstwo markowych butików, ale też całkiem przyjemne i dostępne sklepy. Czasem warto tutaj podnieść głowę do góry i popatrzeć na fasady budynków, bo niektóre z nich są wspaniałe. Na budynku Tribune Tower zostały wmurowane fragmenty innych charakterystycznych budynków z całego świata. 

W niedzielę zaplanowaliśmy spacer do Navy Pier - kolejnego z zabytków Chicago. Stamtąd roztacza się piękny widok na centrum Chicago, jest też pełno restauracji i barów. W związku z tym, że niedzielna pogoda była przepiękna, ludzi było mnóstwo. Z Navy Pier wróciliśmy wzdłuż rzeki do hotelu, aby się odświeżyć przed czekającą na nas koleją atrakcją - rejsem rzeką Chicago. To też warto wykupić wcześniej, my płynęliśmy z firmą Wendella , ale jest ich mnóstwo. Nam zależało na rejsie o zachodzie słońca, większość miejsc na te rejsy była już wykupiona (rezerwowałam dwa tygodnie przed naszą wycieczką, ale być może te rejsy były tak oblegane, bo był to akurat długi weekend?). Płynęliśmy z przewodnikiem, który opisywał mijane budynki (historia, architektura etc). Z pewnością ciekawe doświadczenie. Warto przyjść na przystań wcześniej, aby być pewnym, że uda się usiąć w dobrym miejscu. Nasze było dobre do robienia zdjęć, niestety ze względu na hałas z ulicy nie słyszeliśmy wszystkich informacji przekazywanych przez przewodnika. 
Po rejsie szukaliśmy jakiejś miłej knajpki, aby zjeść kolację i trafiliśmy do restauracji serwującej głównie czeskie dania, ale były też pierogi! 

Czego nie zobaczyliśmy w Chicago? Nie przeszliśmy całego "River walk", miejsca spacerowego wzdłuż rzeki Chicago, nie przejechaliśmy się chicagowskim metrem, nie poszliśmy do polskiej restauracji. I zdecydowanie za mało czasu spędziliśmy w parku Millenium. Mam nadzieję, że zanim opuścimy Stany uda nam się jeszcze tam wrócić. 

Jeszcze jedna kwestia o której nie wspomniałam - gdzie zjeść śniadanie, gdy się go nie ma w hotelu? My wyróbowaliśmy trzy miejsca: 
Wildberry Pancakes and Cafe - pyszne jedzenie, ale oczekiwanie na stolik to jakieś 45 min! 
Le pain quotidien - tylko 10 minut czekania! i widok na cloud gate
Dollop - bez czekania na stolik, ale to dla tych którzy lubią pić kawę z papierowych kubków. Kawa dobra, ale wolę porcelitowe kubki... 


Millenium Park, Cloud Gate

Millenium Park
Art Institute of Chicago
Picasso, Art Institute of Chicago
Dali, Art Institute of Chicago
Giacometti, Art Institute of Chicago
Renoir, Art Institute of Chicago
W drodze do Skydeck Chicago
Centrum Chicago widziane ze Skydeck (wieża po lewej to Trump Tower znajdująca się nad rzeką, czarna wieża w środku to Hancock Tower)
Centrum Chicago widziane z Hancock Tower, a dokładniej z damskiej toalety w tym budynku ;)
Millenium Park po zmroku (park jest otwarty do 23, po tej godzinie ochroniarze donośnym głosem proszą o opuszczenie terenu parku)
Fragment Navy Pier
Chicago widziane z rzeki
Chicago widziane z rzeki
River walk
Navy Pier po zmroku
Centrum Chicago



21.09.2015

D jak Dziękuję

Dzisiaj w Alfabecie Emigracji chciałam podziękować, bo na mojej emigracyjnej drodze spotkałam wspaniałych ludzi, części nigdy dobrze nie poznałam, z częścią się przyjaźnię i dzięki nim moje doświadczenie emigracyjne nie byłoby takie samo.

D jak Dziękuję 

Zacznę bardzo przewidywalnie - od moich Rodziców. Wciąż pamiętam moją rozmowę z Mamą, kiedy powiedziałam jej, że wyjeżdżam, bo chcę zobaczyć czy mój związek przetrwa. Czy to co widziałam w jej oczach to był smutek, czy raczej nadzieja, że mi się uda i będę szczęśliwsza kilkaset kilometrów od domu? Nie wiem, ale wiem, że bez wsparcia Rodziców nie dałabym sobie rady, pewnie bardziej psychicznie. Chociaż i materialnie - pamiętam, że przed wyjazdem do Szwajcarii wymieniłam wszystkie moje oszczędności na franki, nie było tego dużo. I te pieniądze rozeszły się w oka mgnieniu... Jak już wcześniej wspominałam, nie byliśmy w najlepszej sytuacji finansowej na początku naszej wspólnej przygody. Kilka razy moja Mama przesyłała mi pieniądze na konto, żebyśmy mieli za co kupić jedzenie. Mama w Polsce wspiera córkę, która sobie ubzdurała, że chce mieszkać w Szwajcarii. Gorzka pigułka do przełknięcia. Myślę, że w ten sposób chciała mi dać choć trochę poczucia, że nie jestem zupełnie zdana na prawie obcego człowieka. Pamiętam codzienne pogaduchy przez telefon z Mamą, moje opowieści jak jest w Szwajcarii, co mnie tam drażni, a co mi się podoba. Teraz też gadamy, ale ze względu na różnicę czasu, niekiedy trudno jest nam się zgrać.

Dalej, ale oczywiście na podium, jest mój Brat i Siostra. Brat ma swoją rodzinę i swoje problemy, ale od czasu do czasu podsyła mi zdjęcia ich trójki (a niedługo czwórki) i jak widzę moją bratanicę, która rośnie jak na drożdżach i jest przeuroczym dzieckiem, zawsze chcę choć na chwilkę skoczyć do Warszawy i ich uściskać. A Siostra, wiadomo, nie ma to jak siostra. Zawsze gotowa mnie wysłuchać, pośmiać się i popłakać, powspominać stare czasy, kiedy jeszcze dzieliłyśmy pokój. Pomimo dużej różnicy wieku między nami, nie mamy problemu, żeby znaleźć wspólny język.

Moi polscy Przyjaciele, na których zawsze mogę liczyć. Z jedną z moich Przyjaciółek regularnie wymieniamy maile, ja niestety często piszę w pesymistycznej nocie, natomiast od niej zawsze dostaję jakąś radę, albo napisze coś takiego, że na moją sytuację/problem patrzę z zupełnie innej perspektywy. Jeśli można sobie wybrać drugą siostrę - to ona nią jest.
Wraz z naszą grupą przyjaciółek założyłyśmy portal dostępny tylko dla nas, gdzie dzielimy się naszymi znaleziskami z internetu, czy czymś co zrobiło na nas wrażenie (muzyka, obraz etc..). To daje mi poczucie, że jesteśmy razem i pomimo że nie jestem obecna ciałem na spotkaniach to duch mój tam zawsze jest.

Chciałabym też powiedzieć Dziękuję moim Przyjaciołom, których poznałam w Szwajcarii, którzy pokazali mi ten kraj, którzy zadbali, abym nie nudziła się w weekendy. Dzięki tym, których tam poznałam pokochałam góry, za którymi teraz tak okropnie tęsknię. Pomimo, że są expatami, a nie każdy chce angażować się za bardzo w czasowe znajomości, my znaleźliśmy grupę Przyjaciół, z którymi nawet atak krów nie był straszny (o tym w dalszej części alfabetu). Emigracja otwiera umysł i duszę, emigracja (jeśli tylko chcesz) daje wspaniałą możliwość poznania ludzi z innych krajów, kręgów kulturowych, to bardzo ubogaca i otwiera oczy.

Wielkie dziękuje należy się też moim rodzinie mojego męża. Przyjęli mnie bardzo ciepło, pomimo pewnej rezerwy na początku, ale teraz wiem, że należę do rodziny. To przez moją drugą teściową (mój teść ożenił się drugi raz po rozwodzie z pierwszą teściową) mówię po francusku. Mój teść jest z pochodzenia walijczykiem, więc językiem angielskim włada biegle, teściowa druga również mówi po angielsku, ale powiedzieli mi że przy mnie zapominają ten język i mam mówić do nich tylko po francusku. Można sobie wyobrazić, że przez pierwsze dwa-trzy spotkania mówiłam tylko oui albo non. A kilka następnych - składanie zdania trwało u mnie 5 min :)

Na końcu, trochę na przekór, dziękuję Mężowi, który nawet nie przeczyta tych słów, bo do tej pory po polsku umie powiedzieć tylko "tak, nie, cześć, dzień dobry, dobranoc". I kilka niecenzuralnych słów, których nie przytoczę. Po pierwsze dlatego, że się zmienił. Podobno mężczyźni się nie zmieniają po ślubie, mój tak. Z różnych względów nie chcę i nie mogę pisać co dokładnie uległo zmianie, ale dziękuję, że choć trochę się udało. Dziękuję mu za to, że jest cierpliwy, bo zdaję sobie sprawę, że nie mam łatwego charakteru.

Wiele "dziękuję" jeszcze bym chciała powiedzieć - naszym wspaniałym sąsiadom, rekruterowi z agencji pracy w Szwajcarii, który uwierzył, że pomimo ponad rocznego bezrobocia, jestem idealnym kandydatem na stanowisko w firmie X, panu listonoszowi, który lubił zagadywać kiedy przynosił paczki i musiałam mówić po francusku, jeszcze innej sąsiadce - niewidomej starszej pani, która też mówiła do mnie tylko po francusku i jeszcze bardziej musiałam się gimnastykować językowo, bo w tym wypadku gestykulacja nie wchodziła w grę.
A tutaj w Ameryce chciałam podziękować panu z firmy Y, który zaprosił mnie na rozmowę kwalifikacyjną, której niestety nie przeszłam, za moją pierwszą rozmowę o pracę w Stanach, pierwsze koty za płoty.


Dziękuję też innym Polkom, które dzielą się swoimi historiami:
Direction Sweden - D jak Decyzje
Nie zawsze poprawne zapiski Dee - D jak David
Włochy by Obserwatore - D czyli Dom we Włoszech
Polsko-francuski punkt widzenia - D jak Dzieci Dwujęzyczne
C'est la vie! - D comme Determination
Justa poza granicami - D jak Dwujęzyczność
Gone to Texas - D for Driving
Anna Maria Gregorowicz - D jak Czuję że Jestem w Domu




18.09.2015

Ć jak Ćwiczenia

Po poniedziałkowym poście z cyklu Alfabet Emigracji, który był dość smutny, Ć jest bardziej żwawe!

Ć jak Ćwiczenia

Nigdy nie lubiłam się specjalnie ruszać. WF w szkole, ale poza tym nic więcej. Żaden ze mnie sportowy typ. Zawsze zazdrościłam tym, którzy więcej się ruszali, chodzili na zajęcia sportowe. Mnie dopadła w pewnym momencie faza na aerobik, potem spinning, i przez jakiś czas mogłam o sobie powiedzieć FIT. A potem przyszły częste podróże w pracy, nadgodziny, biznesowe kolacje i moje fit-życie uleciało. Po przeprowadzce do Szwajcarii - krainy czekoladą i serem płynącej, spodnie się nie dopinały. Zaczęłam ćwiczyć sama, bo z braku funduszy nie mogłam sobie pozwolić na fitness klub. A potem odkryłam bieganie - cóż to była za piękna trasa, nad samym jeziorem, czasem w promieniach zachodzącego słońca, a czasem w deszczu. Patrząc z punktu widzenia optymisty - dzięki temu, że nie miałam pracy odkryłam jak cudowne może być bieganie. Kiedy dostałam pracę, coraz trudniej było mi się zebrać rano, przed pracą, aby pobiegać. Zdecydowałam, że tylko zewnętrzna motywacja podziała. I kupiłam karnet na siłownię, przez cztery miesiące, kilka razy w tygodniu wstawałam o 5:30, żeby iść na orbitrek czy bieżnię. Jaka ja byłam z siebie dumna!
W Stanach wielkim plusem jest to, że nie muszę wydawać pieniędzy na siłownię, bo mamy ją w budynku, za darmo (no wliczoną w czynsz, ale są to małe pieniądze), do tego dwa baseny. Żyć - nie umierać! I ja w kwietniu podjęłam decyzję, że zacznę trenować, aby przygotować się do półmaratonu, który w Miami odbywa się w styczniu. I niestety chciałam formę zbudować zdecydowanie za szybko - po kilku morderczych treningach uległam kontuzji, z którą walczę do dzisiaj. Chociaż już wróciłam do ćwiczeń, to nadal nie czuję się komfortowo na tyle aby wrócić do biegania. A w ramach rekompensaty zgłosiłam się do wolontariatu w czasie maratonu, chociaż w ten sposób poczuję atmosferę tego wydarzenia.


Vevey, nad jeziorem Lemańskim (Genewskim)

La Tour-de-Peilz

Lavaux, podczas tzw. Lavaux Up! ulica była zamknięta dla ruchu samochodowego i można było biegać, spacerować, jechać na rowerze, rolkach, hulajnodze... Pobiłam mój rekord 10 km biegu!

Czy można sobie wymarzyć lepsze miejsce do biegania na świeżym powietrzu? 

A co piszą o Ć inne Polki?
Gone to Texas - Ć jak Ćwikła
Nie zawsze poprawne zapiski Dee - Ć jak Ćwierćwiecze