28.09.2015

Ę jak w zdjĘciach

Dzisiaj w Alfabecie Emigracji niełatwa litera Ę. Dlatego nie ma tekstu, jest kilka zdjęć z ostatnich czterech lat.

Ę jak w zdjĘciach


Dzień, dwa przed przeprowadzką do Szwajcarii, 2011 rok
Pierwsze święta w Szwajcarii, 2011

Pierwsza długa górska wycieczka, 2012

"Adoptowana" kotka, 2012

Pierwszy wyjazd w góry z przyjaciółmi, 2012

Nasz ślub, 2013

Święto narodowe Szwajcarii wśród przyjaciół, w górach, 2014

Nasza impreza pożegnalna, 2014

Pierwszy wschód słońca w Miami, 2015
Pierwsza wycieczka, Nowy Jork, 2015






24.09.2015

E jak Ebook


Alfabet Emigracji się rozpędza, jesteśmy już na literze E.
Dla przypomnienia, uczestniczę w projekcie, który zainicjowała Dee z bloga Nie zawsze poprawne zapiski Dee.

E jak Ebook

Zawsze dużo czytałam, na początku mojej kariery zawodowej zdarzało się, że część pensji szła na książki. Przekrój książek ogromny, od opowieści dla dzieci Henninga Mankella (np. Pies, który biegł ku gwieździe), poprzez słowniki (szczególnie szwedzkiego, potem hiszpańskiego i francuskiego), kończąc na reportażach wydawnictwa Czarne.
Kiedy wyprowadzałam się do Szwajcarii mogłam zabrać ze sobą dwie walizki do 40 kg każda (jechałam autobusem), więc było pewne, że nie uda mi się spakować mojej biblioteczki. Wybrałam te kilka książek, które miały dla mnie największe znaczenie (jedną z nich był dwutomowy słownik języka szwedzkiego). Szybko te książki przeczytałam i zaczęłam bazować na tym, co było dostępne online za darmo np. z Open Culture, czasem Publio udostępniało darmowe ebooki, czy ebooks43. Różne różności można tam było znaleźć.
W kwietniu 2014 roku pojechaliśmy pierwszy raz do Polski samochodem - to był dla mnie raj. Samochód po brzegi był wyładowany moimi szpargałami, które w końcu mogłam zabrać z domu rodziców. Oczywiście połowa to były książki, plus jeszcze książki które zdążyłam kupić w czasie naszego pobytu.
Po tym jak dostałam pracę dwa lub trzy razy zamówiłam książki z dostawą do Szwajcarii, niestety raz zostało mi naliczone cło (zupełnie niesprawiedliwie), i musiałam walczyć z pocztą szwajcarską na zwrot moich 60 franków (wartość książek nie przekroczyła nawet tej wartości). Długa to była walka i udało się odzyskać część tej kwoty tylko, ponieważ potrącono sobie "koszt administracyjne". Poddałam się wtedy.
Wracając do tematu książek, kiedy byłam w Polsce w styczniu, przed przeprowadzką do Stanów, też nakupiłam książek (o ile się nie mylę jakieś 15). Część przesłałam sobie pocztą, część poszła do bagażu. Do Stanów i tak płynął kontener z naszymi rzeczami, więc 10 książek więcej nie robiło różnicy.
Kiedy w czerwcu byłam w Polsce, też nakupiłam książek, kilka także dostałam. Skończyło się to nadbagażem - 3 kilo. Dziękuję bardzo przemiłej pani z LOTu na lotnisku, że przyknęła na to oko, kiedy powiedziałam jej, że mieszkam w Stanach i wiozę książki...
Teraz będąc w Stanach pozostają mi ebooki. być może jestem starmodna, może sentymentalna, ale dla mnie czytanie na tablecie nie jest przyjemne. Gdzie zapach farby drukarskiej? Gdzie szelest kartek? Muszę o tym zapomnieć narazie, przynajmniej przy czytaniu po polsku, bo przesyłka jednej (!) książki o wartości 50 zł kosztuje około 130 zł. Dziękuję, kupię jako ebook...
Zbyt często zaglądam na Publio i mój tablet ma coraz mniej wolnej pamięci. Za często Publio ma promocje.
Natomiast za dwa miesiące w Miami będzie miał miejsce Miami Book Fair International, w czasie którego oprócz spotkań z autorami, będzie także targ uliczny. Będzie napływ nowych, szczeleszczących książek.

Bookcrossing w Miami (niestety nie było w środku żadnej książki, ani ja nic nie miałam, żeby zostawić). W sobotę 26 września Bookleggers Miami będzie obchodziło trzecią rocznicę istnienia, zaplanowana jest huczna impreza łącznie z rozdawaniem książek gościom

Mała część mojej biblioteczki

To o mnie, tylko u mnie pamięć w tablecie się kończy....

To też ja :)
Eeeeee jak....:
Direction Sweden! - E jak Egoizm
Włochy by Obserwatore - E jak Etapy Życia na Emigracji
Nie zawsze poprawne zapiski Dee - E jak Elegia (Żałobna)


23.09.2015

Chicago, Chicago

Myślałam, że kiedy będziemy w Stanach pierwsza trójka do zwiedzenia to będzie Nowy Jork, San Francisco, Las Vegas. Nowy Jork się zgadza, ale na kolejną dłuższą wycieczkę wybraliśmy Chicago. Muszę przyznać, że to miasto totalnie skradło moje serce, i chyba jeśli mam wybierać Nowy Jork czy Chicago, to wybiorę to drugie.

Mieliśmy trzy dni aby nacieszyć się tym miejscem. Początek naszej wycieczki nie był najszczęśliwszy - kiedy samolot ruszył z miejsca parkingowego na lotnisku w Miami, pilot ogłosił, że nie możemy wystartować, ponieważ grupa techniczna znalazła jakąś obluzowaną uszczelkę w skrzydle i muszą ją sprawdzić i wymienić, a wymiana może potrwać więcej niż godzinę. Trochę byliśmy zniecierpliwieni, bo mieliśmy rezerwację w restauracji, a że wszystko było dokładnie zaplanowane, nie dalibyśmy rady tam wrócić innego dnia. A jako że jesteśmy smakoszami byłoby nam strasznie źle ominąć restaurację poleconą przez naszego sąsiada, prawdziewgo Chigowianina ;) 
Po mniej więcej półtorej godzinie czekania wystartowaliśmy! Niestety po wylądowaniu w Chicago okazało się, że nasze miejsce parkingowe nie jest gotowe... I pilot musiał krążyć kolejne 20 minut po płycie lotniska. Kiedy już wszyscy wypakowali się z samolotu pobiegliśmy na postój taksówek, ponieważ nie dalibyśmy rady dojechać pociągiem do centrum miasta, ale zdecydowanie polecam ten środek transportu, żeby nie utknąć w korku, no i jest o wiele tańszy...
Na szczęście mieliśmy hotel w centrum, bardzo blisko parku Millenium, restauracja też była w pobliżu. I całe szczęście, że nam się udało tam dotrzeć, bo restauracja Bavette's serwuje przepyszne steki. 

Piątek był dniem najaktywniejszym - zwiedzenie Art Institute Chicago (polecam kupić bilety wcześniej przez internet, za nasze zapłaciliśmy 41$/os). Rano szybkim krokiem przeszliśmy przez park Millenium, obowiązkowe selfie pod cloud gate, rzeźba zwaną także giant bean lub Chicago bean. 
Art Institute Chicago ma w swoich zbiorach niezwykłą kolekcję dzieł francuskich impresjonistów (Monet, Manet, Degas, Renoir), a także Salvadora Dali, Picasso, Van Gogha. Polecam wspaniałą wystawę dotyczącą Indian, szczególnie że nie jest to coś co często można oglądać. W muzeum spędziliśmy koło 4 godziny, ale to dlatego, że koncówkę muzeum obejrzeliśmy "biegiem", mój mąż nie jest wielkim fanem malarstwa renesansowego i barokowego, więc widząc jego zmarnowaną minę, przeszliśmy szybciej niektóre sale. 

Bilety do Art Institute Chicago kupiliśmy razem ze wstępem do Willis Tower na Skydeck Chicago, gdzie stojąc na szklanym tarasie można spojrzeć co znajduje się 103 piętra w dół. Dla osób z lękiem wysokości to nie lada wyzwanie. Wrażenia gwarantowane. Po wizycie w Willis Tower spontanicznie udaliśmy się na drugą stronę centrum do Hancock Tower, gdzie mogliśmy podziwiać brzeg jeziora Michigan oraz zachód słońca - są dwa sposoby wejścia do Hancock Tower, albo kupując bilet na tzw. 360 Chicago  lub wjechanie do baru The Signature Room na 95 piętrze. W barze można kupić sobie kieliszek wina i podziwiać piękne Chicago. Wybraliśmy tą drugą opcję. My "stety/niestety" zostaliśmy posadzeni w barze z widokiem na jezioro oraz północną część miasta. Drugi bar ma widok na bardziej spektakularne centrum Chicago, ale ze względu na ilość osób przychodzących do baru niektóre grupy kierowane są na stronę północną. Jeśli jesteś kobietą jest wyjście - idź do toalety, której rozciąga się piękny widok na Chicago. Mężczyźni nie mają widoków w swojej niestety. Piątek postanowiliśmy zakończyć tradycyjną pizzą z Chicago tzw. deep dish pizza. I być może trafiliśmy w złe miejsce, a może deep dish pizza nie jest czymś wyjątkowym, bo wcale nam nie smakowała. Jest to po prostu pizza z wyższymi brzegami, trochę jak tarta i na nieco grubszym cieście. Pizzę próbowaliśmy w Pizzano's

Sobota przywitała nas ulewą, byliśmy rano uziemieni w pokoju niestety. Koło południa chmury się rozwiały i tym razem poszliśmy na spacer tzw. Magnificent Mile, czyli North Michigan Avenue, czyli aleją zakupów. Przy ulicy tej znajduje się mnóstwo markowych butików, ale też całkiem przyjemne i dostępne sklepy. Czasem warto tutaj podnieść głowę do góry i popatrzeć na fasady budynków, bo niektóre z nich są wspaniałe. Na budynku Tribune Tower zostały wmurowane fragmenty innych charakterystycznych budynków z całego świata. 

W niedzielę zaplanowaliśmy spacer do Navy Pier - kolejnego z zabytków Chicago. Stamtąd roztacza się piękny widok na centrum Chicago, jest też pełno restauracji i barów. W związku z tym, że niedzielna pogoda była przepiękna, ludzi było mnóstwo. Z Navy Pier wróciliśmy wzdłuż rzeki do hotelu, aby się odświeżyć przed czekającą na nas koleją atrakcją - rejsem rzeką Chicago. To też warto wykupić wcześniej, my płynęliśmy z firmą Wendella , ale jest ich mnóstwo. Nam zależało na rejsie o zachodzie słońca, większość miejsc na te rejsy była już wykupiona (rezerwowałam dwa tygodnie przed naszą wycieczką, ale być może te rejsy były tak oblegane, bo był to akurat długi weekend?). Płynęliśmy z przewodnikiem, który opisywał mijane budynki (historia, architektura etc). Z pewnością ciekawe doświadczenie. Warto przyjść na przystań wcześniej, aby być pewnym, że uda się usiąć w dobrym miejscu. Nasze było dobre do robienia zdjęć, niestety ze względu na hałas z ulicy nie słyszeliśmy wszystkich informacji przekazywanych przez przewodnika. 
Po rejsie szukaliśmy jakiejś miłej knajpki, aby zjeść kolację i trafiliśmy do restauracji serwującej głównie czeskie dania, ale były też pierogi! 

Czego nie zobaczyliśmy w Chicago? Nie przeszliśmy całego "River walk", miejsca spacerowego wzdłuż rzeki Chicago, nie przejechaliśmy się chicagowskim metrem, nie poszliśmy do polskiej restauracji. I zdecydowanie za mało czasu spędziliśmy w parku Millenium. Mam nadzieję, że zanim opuścimy Stany uda nam się jeszcze tam wrócić. 

Jeszcze jedna kwestia o której nie wspomniałam - gdzie zjeść śniadanie, gdy się go nie ma w hotelu? My wyróbowaliśmy trzy miejsca: 
Wildberry Pancakes and Cafe - pyszne jedzenie, ale oczekiwanie na stolik to jakieś 45 min! 
Le pain quotidien - tylko 10 minut czekania! i widok na cloud gate
Dollop - bez czekania na stolik, ale to dla tych którzy lubią pić kawę z papierowych kubków. Kawa dobra, ale wolę porcelitowe kubki... 


Millenium Park, Cloud Gate

Millenium Park
Art Institute of Chicago
Picasso, Art Institute of Chicago
Dali, Art Institute of Chicago
Giacometti, Art Institute of Chicago
Renoir, Art Institute of Chicago
W drodze do Skydeck Chicago
Centrum Chicago widziane ze Skydeck (wieża po lewej to Trump Tower znajdująca się nad rzeką, czarna wieża w środku to Hancock Tower)
Centrum Chicago widziane z Hancock Tower, a dokładniej z damskiej toalety w tym budynku ;)
Millenium Park po zmroku (park jest otwarty do 23, po tej godzinie ochroniarze donośnym głosem proszą o opuszczenie terenu parku)
Fragment Navy Pier
Chicago widziane z rzeki
Chicago widziane z rzeki
River walk
Navy Pier po zmroku
Centrum Chicago



21.09.2015

D jak Dziękuję

Dzisiaj w Alfabecie Emigracji chciałam podziękować, bo na mojej emigracyjnej drodze spotkałam wspaniałych ludzi, części nigdy dobrze nie poznałam, z częścią się przyjaźnię i dzięki nim moje doświadczenie emigracyjne nie byłoby takie samo.

D jak Dziękuję 

Zacznę bardzo przewidywalnie - od moich Rodziców. Wciąż pamiętam moją rozmowę z Mamą, kiedy powiedziałam jej, że wyjeżdżam, bo chcę zobaczyć czy mój związek przetrwa. Czy to co widziałam w jej oczach to był smutek, czy raczej nadzieja, że mi się uda i będę szczęśliwsza kilkaset kilometrów od domu? Nie wiem, ale wiem, że bez wsparcia Rodziców nie dałabym sobie rady, pewnie bardziej psychicznie. Chociaż i materialnie - pamiętam, że przed wyjazdem do Szwajcarii wymieniłam wszystkie moje oszczędności na franki, nie było tego dużo. I te pieniądze rozeszły się w oka mgnieniu... Jak już wcześniej wspominałam, nie byliśmy w najlepszej sytuacji finansowej na początku naszej wspólnej przygody. Kilka razy moja Mama przesyłała mi pieniądze na konto, żebyśmy mieli za co kupić jedzenie. Mama w Polsce wspiera córkę, która sobie ubzdurała, że chce mieszkać w Szwajcarii. Gorzka pigułka do przełknięcia. Myślę, że w ten sposób chciała mi dać choć trochę poczucia, że nie jestem zupełnie zdana na prawie obcego człowieka. Pamiętam codzienne pogaduchy przez telefon z Mamą, moje opowieści jak jest w Szwajcarii, co mnie tam drażni, a co mi się podoba. Teraz też gadamy, ale ze względu na różnicę czasu, niekiedy trudno jest nam się zgrać.

Dalej, ale oczywiście na podium, jest mój Brat i Siostra. Brat ma swoją rodzinę i swoje problemy, ale od czasu do czasu podsyła mi zdjęcia ich trójki (a niedługo czwórki) i jak widzę moją bratanicę, która rośnie jak na drożdżach i jest przeuroczym dzieckiem, zawsze chcę choć na chwilkę skoczyć do Warszawy i ich uściskać. A Siostra, wiadomo, nie ma to jak siostra. Zawsze gotowa mnie wysłuchać, pośmiać się i popłakać, powspominać stare czasy, kiedy jeszcze dzieliłyśmy pokój. Pomimo dużej różnicy wieku między nami, nie mamy problemu, żeby znaleźć wspólny język.

Moi polscy Przyjaciele, na których zawsze mogę liczyć. Z jedną z moich Przyjaciółek regularnie wymieniamy maile, ja niestety często piszę w pesymistycznej nocie, natomiast od niej zawsze dostaję jakąś radę, albo napisze coś takiego, że na moją sytuację/problem patrzę z zupełnie innej perspektywy. Jeśli można sobie wybrać drugą siostrę - to ona nią jest.
Wraz z naszą grupą przyjaciółek założyłyśmy portal dostępny tylko dla nas, gdzie dzielimy się naszymi znaleziskami z internetu, czy czymś co zrobiło na nas wrażenie (muzyka, obraz etc..). To daje mi poczucie, że jesteśmy razem i pomimo że nie jestem obecna ciałem na spotkaniach to duch mój tam zawsze jest.

Chciałabym też powiedzieć Dziękuję moim Przyjaciołom, których poznałam w Szwajcarii, którzy pokazali mi ten kraj, którzy zadbali, abym nie nudziła się w weekendy. Dzięki tym, których tam poznałam pokochałam góry, za którymi teraz tak okropnie tęsknię. Pomimo, że są expatami, a nie każdy chce angażować się za bardzo w czasowe znajomości, my znaleźliśmy grupę Przyjaciół, z którymi nawet atak krów nie był straszny (o tym w dalszej części alfabetu). Emigracja otwiera umysł i duszę, emigracja (jeśli tylko chcesz) daje wspaniałą możliwość poznania ludzi z innych krajów, kręgów kulturowych, to bardzo ubogaca i otwiera oczy.

Wielkie dziękuje należy się też moim rodzinie mojego męża. Przyjęli mnie bardzo ciepło, pomimo pewnej rezerwy na początku, ale teraz wiem, że należę do rodziny. To przez moją drugą teściową (mój teść ożenił się drugi raz po rozwodzie z pierwszą teściową) mówię po francusku. Mój teść jest z pochodzenia walijczykiem, więc językiem angielskim włada biegle, teściowa druga również mówi po angielsku, ale powiedzieli mi że przy mnie zapominają ten język i mam mówić do nich tylko po francusku. Można sobie wyobrazić, że przez pierwsze dwa-trzy spotkania mówiłam tylko oui albo non. A kilka następnych - składanie zdania trwało u mnie 5 min :)

Na końcu, trochę na przekór, dziękuję Mężowi, który nawet nie przeczyta tych słów, bo do tej pory po polsku umie powiedzieć tylko "tak, nie, cześć, dzień dobry, dobranoc". I kilka niecenzuralnych słów, których nie przytoczę. Po pierwsze dlatego, że się zmienił. Podobno mężczyźni się nie zmieniają po ślubie, mój tak. Z różnych względów nie chcę i nie mogę pisać co dokładnie uległo zmianie, ale dziękuję, że choć trochę się udało. Dziękuję mu za to, że jest cierpliwy, bo zdaję sobie sprawę, że nie mam łatwego charakteru.

Wiele "dziękuję" jeszcze bym chciała powiedzieć - naszym wspaniałym sąsiadom, rekruterowi z agencji pracy w Szwajcarii, który uwierzył, że pomimo ponad rocznego bezrobocia, jestem idealnym kandydatem na stanowisko w firmie X, panu listonoszowi, który lubił zagadywać kiedy przynosił paczki i musiałam mówić po francusku, jeszcze innej sąsiadce - niewidomej starszej pani, która też mówiła do mnie tylko po francusku i jeszcze bardziej musiałam się gimnastykować językowo, bo w tym wypadku gestykulacja nie wchodziła w grę.
A tutaj w Ameryce chciałam podziękować panu z firmy Y, który zaprosił mnie na rozmowę kwalifikacyjną, której niestety nie przeszłam, za moją pierwszą rozmowę o pracę w Stanach, pierwsze koty za płoty.


Dziękuję też innym Polkom, które dzielą się swoimi historiami:
Direction Sweden - D jak Decyzje
Nie zawsze poprawne zapiski Dee - D jak David
Włochy by Obserwatore - D czyli Dom we Włoszech
Polsko-francuski punkt widzenia - D jak Dzieci Dwujęzyczne
C'est la vie! - D comme Determination
Justa poza granicami - D jak Dwujęzyczność
Gone to Texas - D for Driving
Anna Maria Gregorowicz - D jak Czuję że Jestem w Domu




18.09.2015

Ć jak Ćwiczenia

Po poniedziałkowym poście z cyklu Alfabet Emigracji, który był dość smutny, Ć jest bardziej żwawe!

Ć jak Ćwiczenia

Nigdy nie lubiłam się specjalnie ruszać. WF w szkole, ale poza tym nic więcej. Żaden ze mnie sportowy typ. Zawsze zazdrościłam tym, którzy więcej się ruszali, chodzili na zajęcia sportowe. Mnie dopadła w pewnym momencie faza na aerobik, potem spinning, i przez jakiś czas mogłam o sobie powiedzieć FIT. A potem przyszły częste podróże w pracy, nadgodziny, biznesowe kolacje i moje fit-życie uleciało. Po przeprowadzce do Szwajcarii - krainy czekoladą i serem płynącej, spodnie się nie dopinały. Zaczęłam ćwiczyć sama, bo z braku funduszy nie mogłam sobie pozwolić na fitness klub. A potem odkryłam bieganie - cóż to była za piękna trasa, nad samym jeziorem, czasem w promieniach zachodzącego słońca, a czasem w deszczu. Patrząc z punktu widzenia optymisty - dzięki temu, że nie miałam pracy odkryłam jak cudowne może być bieganie. Kiedy dostałam pracę, coraz trudniej było mi się zebrać rano, przed pracą, aby pobiegać. Zdecydowałam, że tylko zewnętrzna motywacja podziała. I kupiłam karnet na siłownię, przez cztery miesiące, kilka razy w tygodniu wstawałam o 5:30, żeby iść na orbitrek czy bieżnię. Jaka ja byłam z siebie dumna!
W Stanach wielkim plusem jest to, że nie muszę wydawać pieniędzy na siłownię, bo mamy ją w budynku, za darmo (no wliczoną w czynsz, ale są to małe pieniądze), do tego dwa baseny. Żyć - nie umierać! I ja w kwietniu podjęłam decyzję, że zacznę trenować, aby przygotować się do półmaratonu, który w Miami odbywa się w styczniu. I niestety chciałam formę zbudować zdecydowanie za szybko - po kilku morderczych treningach uległam kontuzji, z którą walczę do dzisiaj. Chociaż już wróciłam do ćwiczeń, to nadal nie czuję się komfortowo na tyle aby wrócić do biegania. A w ramach rekompensaty zgłosiłam się do wolontariatu w czasie maratonu, chociaż w ten sposób poczuję atmosferę tego wydarzenia.


Vevey, nad jeziorem Lemańskim (Genewskim)

La Tour-de-Peilz

Lavaux, podczas tzw. Lavaux Up! ulica była zamknięta dla ruchu samochodowego i można było biegać, spacerować, jechać na rowerze, rolkach, hulajnodze... Pobiłam mój rekord 10 km biegu!

Czy można sobie wymarzyć lepsze miejsce do biegania na świeżym powietrzu? 

A co piszą o Ć inne Polki?
Gone to Texas - Ć jak Ćwikła
Nie zawsze poprawne zapiski Dee - Ć jak Ćwierćwiecze


14.09.2015

C jak cztery

Po weekendzie wracam do Alfabetu Emigracji. Dzisiaj C.

C jak Cztery 

A dokładnie cztery lata, mniej więcej za miesiąc będę świętowała swoją czwartą rocznicę wyjazdu z Polski. Kiedy przeglądam zdjęcia z ostatnich czterech lat widzę jak bardzo się zmieniłam fizyczne (patrz literka B!), ale też myślę jak duży wpływ emigracja miała na moją psychikę. Ja nigdy nie myślałam, że wyjadę z Polski. Miałam co prawda swój zagraniczny epizod w 2004 roku, kiedy przez kilka miesięcy studiowałam w Szwecji, ale to był czasowy wyjazd i wiedziałam, że pięć miesięcy wracam do Polski, do rodziny, przyjaciół i studiów. Do czasu mojej emigracji w 2011 roku myślałam o sobie jako o osobie kosmopolitycznej, jako o obywatelce świata, zawsze myślałam, że gdziekolwiek będę - zawsze będę się dobrze czuła. Och, jak ja się myliłam! Wciąż po czterech latach, kiedy jadę do Polski mówię, że jadę do domu. Chociaż wracając do domu rodziców, do mojego miasta, nie czuję się tam jak w domu. Dużo się pozmieniało, mój pokój nie jest już moim pokojem, jestem tam gościem. Moje miasto przez te cztery lata bardzo się zmieniło i nie poznaję niektórych ulic. Jak wracam do mojej nowej ojczyzny - też czuję się jak gość. Czy to mija?
Wciąż pamiętam ten dzień kiedy zdecydowałam się na emigrację, z perspektywy czasu myślę, że to był raczej impuls, niż przemyślana decyzja. Miałam dobrą pracę, miałam przyjaciół i rodzinę w pobliżu. Coś jednak było nie tak, bo czułam się jak zwierzę w klatce, miotające się, ryczące, szukające ucieczki. Emigracja była ucieczką. A raczej skokiem na głęboką wodę. Mojego chłopaka (a teraz męża) znałam tylko przez rok, był to związek na odległość, na skypie. Spotykaliśmy się a to w Szwajcarii, a to w Polsce albo gdzieś w połowie drogi. Decydując się wyjazd z Polski nigdy nie myślałam, że to zaburzy moje poczucie własnej wartości, że to doprowadzi mnie na skraj rozpaczy i zniechęcenia. Moje początki w Szwajcarii to była walka, najpierw pełna optymizmu, werwy! A po kilku miesiącach już tylko frustracja i smutek. Praca - każdą odmowę przyjmowałam jako porażkę, każde "po co tutaj przyjechałaś?" jako obrazę. Pytania typu: "czy ty w ogóle masz prawo tutaj być?" były bardzo częste. Moja emigracja wychodziła mi uszami, stałam się humorzasta i sfrustrowana. Ale moja duma (?), ambicja (?) czy cokolwiek co we mnie siedziało kazało mi walczyć, może nie tyle o siebie samą, ale o mój wizerunek w oczach innych. Nie chciałam być tą, która jest na utrzymaniu innych, nienawidzę być zależna od innych. Po dwóch latach szarpaniny, uspokoiłam się, znalazłam cudownych przyjaciół, pracę. Był moment, kiedy mogłam powiedzieć, że moje życie się ustabilizowało, Szwajcaria zaczęła być moim domem. I wtedy zdecydowaliśmy się przenieść do Stanów. I oto jestem, na początku tej samej drogi, pełnej frustracji przy każdym nie przy kolejnej aplikacji. I pełna strachu, że tym razem nie dam sobie rady, bo chęć walki przychodzi falami, zbyt rzadko.



U innych Polek C wygląda tak:
Justa poza granicami - C jak Charity Shop
Direction Sweden - C jak Czekolada
Nie zawsze poprawne zapiski Dee - C jak Ciąg Dalszy
Mama z prądem i pod prąd - C jak Chleb
C'est la vie! - C jak Chemia
Gone to Texas - C for Cowgirl Hat
Włochy by Obserwatore - ABC Emigracji

10.09.2015

B jak bon appétit

Dzisiaj w Alfabecie Emigracji czas na literę B.
Zastanawiałam się co jest najbardziej charakterystycznego w mojej emigracji. I być może to dziwnie zabrzmi, ale moja emigracja jest mocno kulinarna. Totalnie "wyemigrowałam" z polskiej kuchni, przenosząc się na międzynarodowe talerze. Dlatego dzisiaj jest:

B jak bon appétit!

Do czasu wyprowadzki z Polski mieszkałam z rodzicami, więc za bardzo nie martwiłam się co będzie na obiad, bo wiedziałam, że tata zawsze przygotuje coś pysznego. Po pracy pałaszowałam talerz zupy pomidorowej (mojej ulubionej! koniecznie z ryżem) albo kotleta mielonego z ogórkiem kiszonym. Jedzenie było dla mnie ważne, ale wystarczyło że było dobrze doprawione, nie chodziło wcale o wielkie doznania kubków smakowych. Trochę sytuacja zaczęła się zmieniać, kiedy w pracy poznałam koleżankę K., która świetnie gotowała i piekła i to ona pokazała mi, że jedzenie może być sztuką. I tak doszliśmy do roku 2011 kiedy zdecydowałam się wyprowadzić do Szwajcarii. Tam otworzyły się przede mną wrota kulinarne. Co prawda pierwszy rok mieszkania w Szwajcarii to było raczej kupowanie najtańszego jedzenia (ja nie miałam pracy a mój mąż nie zarabiał dużo, ale więcej o tym w kolejnych literach alfabetu).
Mój M. gotuje wspaniale, jego pomysły i umiejętności w kuchni są nieocenione. On jest "chef", a ja "sous-chef" odpowiedzialna za sprzątanie, bo jak mówi Gordon Ramsey "cooking station has to be clean!". Czasem mianuję siebie też "pastry chef", bo uwielbiam piec.
Po kilku miesiącach w Szwajcarii zdecydowaliśmy, że będziemy odkładać pieniądze, aby raz w miesiącu pójść do restauracji, aby zjeść coś pysznego. To Szwajcaria dała mi odkryć takie pyszności jak dobrze przygotowany stek, kaczkę w calvadosie, fois gras poele (wiem, dla niektórych fuj...), raclette, ser kozi z figami czy przegrzebki. To tam miałam możliwość skosztować kuchni molekularnej w słynnej restauracji Denisa Martin w Vevey. To tam totalnie zakochałam się w restauracji L'Olivier położonej nad brzegiem jeziora Lemańskiego (Genewskiego) z najcudowniejszym creme brulee jaki kiedykolwiek jadłam. Jeśli dodać do tego litry szwajcarskiego wina Chasselas z Lavaux, Humagne Rouge z kantonu Valais czy Merlot z kantonu Ticino.... zdecydowanie mogę napisać Bon Appetit moja emigracjo!

W Stanach próbujemy kontynuować tradycję otwierania i zadziwiania kubków smakowych. Niestety tutaj z tym trudniej, dobre restauracje w Miami są dość drogie i... wcale nie takie dobre. I z gotowaniem też jest trudniej, ale wciąż mam nadzieję, że uda nam się w czymś zakochać kulinarnie.

Molekularna kolacja

Merlot z Ticino

Przegrzebki (Noix St. Jacuqes)

Creme brulee

Mąż gotuje tajską kolację
Inne litery B na emigracji:
C'est la vie - B jak Bordeaux
Anna Maria Gregorowicz - B jak Belgia
Direction Sweden - B jak Boję się
Justa poza granicami - B jak Będzin
Kropka za oceanem - B jak Brookfield Zoo
Nie zawsze poprawne zapiski Dee - B jak Boze Narodzenie, Buraki i Belgia
Gone to Texas - B for Beans
Anna Maria po polsku - B jak Brak




08.09.2015

Ą jak ąę

Ą jak ĄĘ

Wiem, nie ma takiego słowa jak ąę, ale ten zbitek literowy kojarzy mi się z francuskim. Zaczęłam uczyć się tego języka mniej więcej rok przed moją przeprowadzką do Szwajcarii. Do dzisiaj pamiętam moją pierwszą lekcję - słyszałam tylko ą, ę i ż.... Potem w nocy miałam koszmar, że ktoś do mnie mówi po francusku a ja ni w ząb nie rozumiem o co chodzi. Następne lekcje były już na szczęście mniej stresogenne. Zanim przeniosłam się do krainy winem i czekoladą płynącej zaliczyłam dwa intensywne miesięczne kursy oraz jeden roczny w Alliance Francais.
Przez ponad trzy lata w Szwajcarii byłam w stanie dość swobodnie porozumiewać się po fracusku w sprawach codziennych takich jak zakupy czy rozmowy o pogodzie z sąsiadami. Natomiast mój francuski biznesowy totalnie nie funkcjonował. Przynajmniej w sferze mówienia, bo czytanie ze zrozumieniem byłam w stanie opanować. Całe szczęście pracowałam po angielsku i francuski nie był mi w pracy niezbędny.
Niestety przeprowadzka do Stanów trochę nadwątliła moje umiejętności mówienia i rozumienia francuskiego. Pomimo posiadania w domu męża mówiącego płynnie po francusku, jest nam zdecydowanie łatwiej porozumiewać się po angielsku. A czasem używamy też "franglish", którego nienawidzę i dla dobra moich pozostałości francuskiego powinnam unikać jak ognia.
Teraz, jednym z moich codziennych zajęć jest siedzenie z ćwiczeniami do francuskiego i powtarzanie subjonctif, conditionnel i conjugaison...

A co o Ą mogą powiedzieć inne Polki?
Nie zawsze poprawne zapiski Dee - Ą jak w Początku
Polsko-francuski punkt widzenia - Ą czyli przygody z francuską ortografią
Gone to Texas - A jak Aloes

A jak Ameryka

Dorota z bloga Nie zawsze poprawne zapiski Dee zaproponowała nowy projekt - Alfabet mojej emigracji. Zdecydowałam, że jest to super sposób na spojrzenie na moją już prawie czteroletnią nieobecność w Polsce, czasem będzie to spojrzenie trochę cierpkie i smutne, ale będzie to szczera opowieść o tym co się wydarzyło. Poza tym ożywi to trochę mojego bloga, który jest przeze mnie ostatnio zaniedbywany.
Wpisy będą publikowane dwa razy w tygodniu - w poniedziałki i czwartki. W związku z długim weekendem jestem trochę w tyle, więc szybko nadrabiam. Dzisiaj literka A.

A jak Ameryka

Mój nowy dom - Ameryka. Wielka, pełna możliwości, zróżnicowana, niebezpieczna, szybka, optymistyczna,  gotowa na wszystko, popularna, sztuczna, dla wielu destynacja marzenie... i pewnie wiele by można jeszcze dodać. Ale opis powyżej to jak na razie Moja Ameryka. Napisałam także, że jest moim nowym domem, ale fizycznie. Duchowo zdecydowanie jeszcze jestem po drugiej stronie Atlantyku.
Do Miami przyjechałam w lutym tego roku. O przeprowadzce rozmawialiśmy z moim M. prawie przez rok. On dostał propozycję relokacji w ramach swojej firmy. Dyskusje były długie, były kartki za i przeciw, było rozmyślanie. Za zwyciężyło - dlaczego? Bo "teraz albo nigdy". Z pewnością jest to wielka zmiana dla nas, ale i wielka szansa. Do wielu rzeczy jeszcze nie mogę się przyzwyczaić, za inne uwielbiam Amerykę. Staram się, aby nasz tymczasowy (plan jest 2 lata) pobyt tutaj był pełen odkryć i poznania Stanów od jak najlepszej strony. Nie zawsze jest mi tutaj łatwo, czasem nie mogę pojąć, że wszyscy tutaj muszą prowadzić samochód, albo że broń jest dostępna na wyciągnięcie ręki (prawie) dla każdego. Ten kraj jest dla mnie wciąż zagadką, wciąż się dziwię niektórym zdarzeniom. Moja lista określeń Ameryki będzie się z pewnością wydłużać, może aż do momentu kiedy powiem sobie "Odkryłam Amerykę!"


Chcecie poczytać co na temat litery A mają do powiedzenia inne Polki?
Nie zawsze poprawne zapiski Dee - A jak Anglia
Storyland - A jak Abstrakcyjne rozwiązania
Polsko-Francuski punkt widzenia - A jak Adaptacja
Moja Emigracja - A jak Amnestia
C’est la vie - A jak Akwitania
Direction Sweden - A jak AIESEC
Zapiski Szwedzkie - A jak Agnieszka
Anna Maria po polsku - A jak Mój Ulubiony Mąż
Kropka za oceanem - A jak Addison
Justa poza granicami - A jak Alex